Krasnale atakują Europę

Krasnale atakują Europę
Łączy ich młody wiek, talent, pozycja zajmowana na boisku i oczywiście miłość do futbolu. Dzieli cała reszta. Gdy Brazylijczykiem zachwycali się wszyscy kibice i dziennikarze na świecie, a sam sir Alex Ferguson chciał sprowadzić go na Old Trafford, Chorwat uganiał się za piłką na prowincjonalnych boiskach swojego kraju. Dziś obaj startują w wyścigu do wielkiej kariery – Douglas Costa z pole position, zaś Mario Ticinovic gdzieś z szarego końca stawki. Któremu uda się przekroczyć linię mety jako pierwszemu?

Urodzony 20 sierpnia 1991 roku w miejscowości Sinj Ticinovic od początku swojej, jak dotąd niezbyt długiej kariery związany jest z Hajdukiem Split. Po kilku latach występów w zespołach juniorskich, gdzie prawie w każdym spotkaniu prezentował poziom nieosiągalny dla swoich rówieśników, jasne stało się, że długo na zapleczu pierwszego zespołu nie zabawi. Debiut w pierwszej drużynie przyszedł szybko. 3 sierpnia 2008 roku, licząc sobie ciągle 16 lat pojawił się na boisku w meczu ligowym z NK Varteks Varazdin (1:1), zmieniając w drugiej połowie, Mladena Bartolovicia. Już pierwszy jego kontakt z piłką zwiastował problemy dla formacji defensywnej Varteksu. Kilka prostopadłych podań, celnie zaadresowanych do Senijada Ibricicia zupełnie zdezorientowało obrońców rywala, a „no look pass”, którym popisał się tuż przed ostatnim gwizdkiem sędziego został okrzyknięty najpiękniejszym zagraniem kolejki. Po takim debiucie kolejne występy Ticinovicia w pierwszym zespole musiały okazać się kwestią czasu.

Kolejny raz dał o sobie znać w meczu z FC Birkirkara w ramach rundy eliminacyjnej Pucharu UEFA. To właśnie maltańczykom Mario Ticinovic strzelił swojego pierwszego gola w seniorskiej karierze i głównie dzięki temu golowi żywiołowo reagująca publiczność z Torcidy Hajduka przestała postrzegać go jako dobrze rokującego na przyszłość młokosa a uznała za prawdziwą gwiazdę zespołu. Nie miał innego wyjścia – jako najmłodszy strzelec w historii klubu musiał stać się pupilem fanów. Do dziś w koszulce pierwszej drużyny zebrał 40 występów, w których 8 razy zdołał pokonać bramkarzy rywali – ostatni raz na listę strzelców, i to podwójnie, wpisał się 9 grudnia 2009 roku w spotkaniu z NK Zagreb (39’ i 52’).

Obserwując jego grę nie dziwi, iż kibice na stadionie Poljud ani tym bardziej trener Edoardo Reja nie potrafią sobie wyobrazić ustawienia drugiej linii bez Ticinnovica. Choć nie zachwyca warunkami fizycznymi – zaledwie 170 cm wzrostu – doskonale trzyma się na nogach. Jest nieprawdopodobnie szybki i przebojowy, jego precyzyjne podania nie raz otwierały drogę do bramki partnerom a przegląd pola i wizja gry muszą budzić uznanie u przeciwników. Gdyby nie problemy ze skutecznością i przestoje w grze, które ciągle mu się zdarzają już teraz grałby w Bundeslidze. W Chorwacji pogra jeszcze przynajmniej do 2011 roku, bo do tego czasu obowiązuje go kontrakt i choć na brak ofert nie narzeka, jego agent Damir Stimac zaznacza, że w tak młodym wieku najważniejszy jest spokojny i systematyczny rozwój.
Na nadmiar spokoju, czy monotonii nie może narzekać o rok starszy od Ticinovicia Douglas Costa. Gwiazdor YouTube, którego zagrania, niczym te wykonywane niegdyś przez Ronaldinho, starają się wcielać w życie młodzi adepci futbolu, nie od dziś uznawany jest za największy talent, jaki w ostatnim czasie pojawił się na boiskach Brazylii. Na przełomie 2008 i 2009 roku sportowe rubryki wszystkich bulwarówek na Wyspach Brytyjskich alarmowały o apetycie, jakiego po obserwacji gry Douglasa nabrał na jego transfer do Manchesteru United sir Alex. Niestety „Czerwonym Diabłom” nie udało się nawet zbliżyć do oczekiwanej przez prezydenta Gremio Porto Alegre – pana Dude Kroeffa – kwoty. Przedsiębiorczy biznesmen miał nadzieję, że talent Douglasa uda się spieniężyć, przynajmniej na 20 milionów funtów, co pozwoliłoby podreperować klubowy budżet. Na tak postawione warunki nie mogli zgodzić się jednak sir Alex Ferguson i księgowy „Red Devils”. I gdy wydawało się, że talent Douglasa zostanie sztucznie zahamowany przez dysonans stanowisk obu kontrahentów, do gry nieoczekiwanie wkroczył Rinat Achmietow. Oligarcha z Doniecka nie licząc się z zacną konkurencją – o Douglasa starali się także Josep Guardiola, Carlo Ancelotti, Arsene Wenger i Jose Mourinho – jako jedyny potrafił zaspokoić ekonomiczne oczekiwania Dudy Kroeffa i dzięki wyłożeniu… 6,5(!) miliona euro, 7 stycznia 2010 roku sprowadził młodego kanarka na Ukrainę. Czy gra była warta świeczki? Oczywiście! Douglas Costa kipi boiskową ekspresją. Ma w sobie finezję i lekkość, imponuje boiskową elegancją. Gdyby żył w czasach Świętej Inkwizycji, zostałby spalony na stosie za praktykowanie magii w najczystszej postaci! Taki jest Douglas Costa.

Jeśli okrzepnie w surowych warunkach ligi ukraińskiej i zapozna się z europejskim sposobem prowadzenia gry, już za dwa lata będzie mógł ruszać na Zachód w poszukiwaniu pracodawcy wśród największych klubów. Jeżeli z jakiejś przyczyny mu się nie uda – co praktycznie nie jest możliwe – i tak będzie zawodnikiem wartym oglądania.


Oceń ten wpis:
SłabyTaki sobieŚredniDobryBardzo dobry (2 głosów, średnia: 4,50 na 5)
Loading ... Loading ...



Be social
Wykop Gwar Dodaj do zakładek



Dodaj komentarz

Komentarze zawierające wulgaryzmy, obrażające czytelników lub właściciela bloga zostaną skasowane.
Moderacja komentarzy jest aktywna. Nie wysyłaj swojej wiadomości dwa razy.
Możesz skorzystać z następujących tagów XHTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote> <code> <em> <i> <strike> <strong>

Chcesz mieć swój własny avatar na Soccerlogu? Przeczytaj FAQ, to tylko kilka minut!